Manif(i)esta postkonserwatywna
Dwudziestowieczni konserwatyści lubili porównywać się do owego pompejańskiego wartownika, który zginął podczas wybuchu Wezuwiusza, gdyż zapomniano go odwołać z posterunku. Konserwatysta zeszłego stulecia, jak wartownik na straconym posterunku, heroicznie trwa do końca, wierny rozkazowi, honorowi i innym pięknym cnotom. Konserwatysta początku wieku XXI znajduje się w nieco odmiennej sytuacji: nie ma już nikogo, kto zapomniałby odwołać go ze straconego posterunku, nie ma straconego posterunku, choćby bardzo chciał, nie może heroicznie trwać do końca, bo koniec już nastąpił. Nietzsche nie miałby do popychania niczego, co upada, Leon Bloy, który określał się jako przedsiębiorca rozbiórkowy, musiałby zamknąć swój interes.
Konserwatysta żyjący „po wybuchu Wezuwiusza” czy jak kto woli po „końcu historii”, i chcący nadal grać rolę wartownika na straconym posterunku, naraża się nie tyle na gniew i potępienie współczesnych — to by jeszcze było coś — ale na śmieszność. Zatem: odważna decyzja, hokus pokus, czary, mary, abrakdabra, i konserwatysta wkracza dumnie na arenę dziejów jako postkonserwatysta.